Fundacja Na Rzecz Leśnych Kolei Wąskotorowych Fundacja Na Rzecz Leśnych Kolei Wąskotorowych
Nasza kolej | Aktualności | Oferta | Wolontariat | Niezbędnik turysty | Galeria | Partnerzy | O Fundacji | Kontakt
Jak to się zaczęło...

Jak to się zaczęło...

Odkąd sięgnę pamięcią, kolej żelazna miała w sobie „to coś”. Ogromna dla dziecka lokomotywa, wówczas bardzo często parowa, budziła respekt mocą i rozmiarami. Wewnętrznym życiem ognia i pary dającym jej władzę nad prędkością i przestrzenią, nad posłusznie podążającymi za nią wagonami. Zadziwiała precyzją i celowością ruchu każdej dźwigni czy drążka. Owiana niepowtarzalnym lepkim aromatem, aż namacalnym dzięki wilgoci, ciepłu i drobinom węgla. Unosząca w dal okruch maszynisty zdawała się panować nad losem jego i porwanych w podróż pasażerów. Przeciągły gwizd ginący w bezkresnej przestrzeni budził niepokój i tęsknotę za czymś nieokreślonym. Musiała zaczarować...

A obecnie – dlaczego akurat leśna, wąskotorowa? Może jako naturalne następstwo rozkładanej kiedyś w pokoju kolejki elektrycznej? Nie tak dużo większa, poddająca się w sporym zakresie ręcznej obsłudze. Wózki do dłużycy pozostawione na ładowniach w Puszczy Kozienickiej pozwalały się łatwo rozpędzać. Do ostatku sił wprawiane w ruch to w jedną, to w drugą stronę ze stukotem pokonywały rozjazdy. Wtopiona w las, nakryta sklepieniem koron drzew, niemal nierzeczywista nitka szyn prowokowała do podążania wzdłuż szlaku i odkrywania kolejnych metrów toru niknących pod trawą bądź za zakrętem. Coraz mniej potrzebne linie zamierały pozostawiając niskie nasypy z wyrwami po podkładach jako ślady minionego istnienia. Na tych jeszcze czynnych, np. w Hajnówce, udawało się czasem przewieźć grupkę miłośników klimatu zagubionej w lesie kolei. Trzeba było tylko naprawić nieużywany od lat tor, uzupełnić brakujące szyny czy podkłady.

Szyny krzywe lub ich brak – to najczęstsza przeszkoda do pokonania (Puszcza Białowieska). Tory rozjeżdżane przez ciężkie pojazdy miały zmienny prześwit... ...lub prowadziły podmokłymi groblami Takie rozjazdy też się zdarzały. Kilka par rąk, trochę czasu – i dało się przejechać.

Takie prace uzmysławiały, jak wiele można zrobić własnymi rękami, że faktycznie nie święci garnki lepią. Przyszli fundatorzy pod okiem doświadczonego toromistrza nie raz mieli okazję wkopywania i podbijania podkładów, cięcia szyn brzeszczotem czy wiercenia otworów ręczną wiertarką. Możliwość przejazdu po dawno nieużywanym szlaku była wystarczającą nagrodą, a praca fizyczna przy torze – ciekawym doświadczeniem, nieznanym większości rówieśników. Jednak ożywiona na kilka dni kolej, po wycieczce znów wydawana była na pastwę czasu, przyrody i złodziei. Szkoda, że zaangażowanie wielu ludzi i wyłożone środki były w stanie przynieść efekt jedynie chwilowy, jednorazowy. Po latach, sięgając do wspomnień i zdjęć okazuje się, że pozornie niemożliwa podróż faktycznie miała miejsce.

Typowe dla Puszczy Białowieskiej długie, proste odcinki toru. Czasem dopada pragnienie. Koło Starej Białowieży nie było problemu z zaopatrzeniem w wodę. Bliżej do Białowieży nie dało się dojechać. To nie lokalny ubytek, ale koniec toru koło Podolan. Grudki. Po czym ten pociąg tu wjechał? Ano po grudach... Czerwona tablica oznajmia: „Pas drogi granicznej. Wejście zabronione”. A wjazd...? Linia do Łańczyna wiodła przez wyjątkowo piękne fragmenty puszczy. Mijanka Łańczyno. Może dzięki energicznym młodym ludziom, mającym już wiele osiągnięć, praktykę w odbudowie linii i pomysły na udostępnianie atrakcji kolejowych na Podlasiu szerszym rzeszom zainteresowanych, znowu zawita tu pociąg z Hajnówki...?

Aby móc działać w poczuciu celu być może odległego, ale o trwalszym charakterze, postanowiliśmy ukierunkować nasze wysiłki na jeden konkretny obiekt. Ponieważ z czterech istniejących w początku lat 90. ubiegłego wieku kompleksów kolei leśnych los trzech wydawał się niezagrożony, nasze zainteresowanie skoncentrowało się na Puszczy Knyszyńskiej, w której ostatnia pozostałość bardzo rozległej kiedyś sieci, linia Czarna Białostocka – Waliły, miała zostać zlikwidowana. Decyzję ułatwiły niezapomniane wrażenia z przejazdu tą trasą pociągiem specjalnym jesienią 1990 roku. I choć 28 km linii od strony Walił zostało rozebrane, dzięki wpisowi do rejestru zabytków udało się ocalić 20-kilometrowy odcinek z Czarnej do Kopnej Góry. Sam wpis do rejestru nie był jednak wystarczającym zabezpieczeniem przed wandalami i złodziejami, czy też przed naturalną ekspansją roślinności. Przez kilka lat pozbawiona taboru i opieki kolej niszczała.

Ogólnodostępny teren dawnego zaplecza został pozbawiony wszystkiego, co mogło przydać się komuś w gospodarstwie lub przedstawiało wartość w składnicy złomu. Zniknęła ponad połowa torów na terenie bazy, ruchome części rozjazdów, fragmenty ogrodzenia, brama kolejowa, drzwi i okna do budynków, jakiekolwiek wyposażenie. Nie istniały już instalacje elektryczna, wodociągowa, kanalizacyjna i ogrzewcza. Nie było zamkniętego pomieszczenia z nieprzeciekającym dachem. To co pozostało – zdewastowano. Pierwsze naprawy w torze głównym trzeba było wykonać jeszcze przed wyjazdem za bramę... Nic dziwnego, że przystępując do prac na terenie bazy należało zacząć od wykonania prowizorycznego choćby ogrodzenia i zapewnienia jako takiego dachu nad głową. Dość specyficzny charakter miała więc początkowa faza „odbudowy kolejki”. Ale cóż, nikt nas do tego nie zmuszał, a wizja pociągu przemierzającego kolejne kilometry odbudowywanej linii do Kopnej Góry wzmacniała tylko determinację...