Odkąd sięgnę pamięcią, kolej żelazna miała w sobie „to coś”. Ogromna dla dziecka lokomotywa, wówczas bardzo często parowa, budziła respekt mocą i rozmiarami. Wewnętrznym życiem ognia i pary dającym jej władzę nad prędkością i przestrzenią, nad posłusznie podążającymi za nią wagonami. Zadziwiała precyzją i celowością ruchu każdej dźwigni czy drążka. Owiana niepowtarzalnym lepkim aromatem, aż namacalnym dzięki wilgoci, ciepłu i drobinom węgla. Unosząca w dal okruch maszynisty zdawała się panować nad losem jego i porwanych w podróż pasażerów. Przeciągły gwizd ginący w bezkresnej przestrzeni budził niepokój i tęsknotę za czymś nieokreślonym. Musiała zaczarować...
A obecnie – dlaczego akurat leśna, wąskotorowa? Może jako naturalne następstwo rozkładanej kiedyś w pokoju kolejki elektrycznej? Nie tak dużo większa, poddająca się w sporym zakresie ręcznej obsłudze. Wózki do dłużycy pozostawione na ładowniach w Puszczy Kozienickiej pozwalały się łatwo rozpędzać. Do ostatku sił wprawiane w ruch to w jedną, to w drugą stronę ze stukotem pokonywały rozjazdy. Wtopiona w las, nakryta sklepieniem koron drzew, niemal nierzeczywista nitka szyn prowokowała do podążania wzdłuż szlaku i odkrywania kolejnych metrów toru niknących pod trawą bądź za zakrętem. Coraz mniej potrzebne linie zamierały pozostawiając niskie nasypy z wyrwami po podkładach jako ślady minionego istnienia. Na tych jeszcze czynnych, np. w Hajnówce, udawało się czasem przewieźć grupkę miłośników klimatu zagubionej w lesie kolei. Trzeba było tylko naprawić nieużywany od lat tor, uzupełnić brakujące szyny czy podkłady.
Takie prace uzmysławiały, jak wiele można zrobić własnymi rękami, że faktycznie nie święci garnki lepią. Przyszli fundatorzy pod okiem doświadczonego toromistrza nie raz mieli okazję wkopywania i podbijania podkładów, cięcia szyn brzeszczotem czy wiercenia otworów ręczną wiertarką. Możliwość przejazdu po dawno nieużywanym szlaku była wystarczającą nagrodą, a praca fizyczna przy torze – ciekawym doświadczeniem, nieznanym większości rówieśników. Jednak ożywiona na kilka dni kolej, po wycieczce znów wydawana była na pastwę czasu, przyrody i złodziei. Szkoda, że zaangażowanie wielu ludzi i wyłożone środki były w stanie przynieść efekt jedynie chwilowy, jednorazowy. Po latach, sięgając do wspomnień i zdjęć okazuje się, że pozornie niemożliwa podróż faktycznie miała miejsce.
Aby móc działać w poczuciu celu być może odległego, ale o trwalszym charakterze, postanowiliśmy ukierunkować nasze wysiłki na jeden konkretny obiekt. Ponieważ z czterech istniejących w początku lat 90. ubiegłego wieku kompleksów kolei leśnych los trzech wydawał się niezagrożony, nasze zainteresowanie skoncentrowało się na Puszczy Knyszyńskiej, w której ostatnia pozostałość bardzo rozległej kiedyś sieci, linia Czarna Białostocka – Waliły, miała zostać zlikwidowana. Decyzję ułatwiły niezapomniane wrażenia z przejazdu tą trasą pociągiem specjalnym jesienią 1990 roku. I choć 28 km linii od strony Walił zostało rozebrane, dzięki wpisowi do rejestru zabytków udało się ocalić 20-kilometrowy odcinek z Czarnej do Kopnej Góry. Sam wpis do rejestru nie był jednak wystarczającym zabezpieczeniem przed wandalami i złodziejami, czy też przed naturalną ekspansją roślinności. Przez kilka lat pozbawiona taboru i opieki kolej niszczała.
Ogólnodostępny teren dawnego zaplecza został pozbawiony wszystkiego, co mogło przydać się komuś w gospodarstwie lub przedstawiało wartość w składnicy złomu. Zniknęła ponad połowa torów na terenie bazy, ruchome części rozjazdów, fragmenty ogrodzenia, brama kolejowa, drzwi i okna do budynków, jakiekolwiek wyposażenie. Nie istniały już instalacje elektryczna, wodociągowa, kanalizacyjna i ogrzewcza. Nie było zamkniętego pomieszczenia z nieprzeciekającym dachem. To co pozostało – zdewastowano. Pierwsze naprawy w torze głównym trzeba było wykonać jeszcze przed wyjazdem za bramę... Nic dziwnego, że przystępując do prac na terenie bazy należało zacząć od wykonania prowizorycznego choćby ogrodzenia i zapewnienia jako takiego dachu nad głową. Dość specyficzny charakter miała więc początkowa faza „odbudowy kolejki”. Ale cóż, nikt nas do tego nie zmuszał, a wizja pociągu przemierzającego kolejne kilometry odbudowywanej linii do Kopnej Góry wzmacniała tylko determinację...